środa, 29 kwietnia 2009

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Tatarak

właśnie wróciłem z kina. nowy film Wajdy ma 2 płaszczyzny: dokumentalną- relacja Jandy na temat śmierci swojego męża oraz fabularną-ekranizacja opowiadania "Tatarak" Iwaszkiewicza. już nie będę się rozwodził na temat fabuły itd, bo można sobie przeczytać dużo lepszą recenzje, np. tutaj, natomiast trochę więcej o moich odczuciach. same wypowiedzi Jandy są wzruszające (bo prawdziwe) i poniekąd część fabularna też niesie ze sobą pewnego rodzaju ładunek emocjonalny. mimo to całość dla mnie wypada, powiedziałbym, niesmacznie momentami. w jednej scenie Janda obściskuje się z młodym aktorem, by zaraz mówić o szczegółach śmierci swojego męża. dosłownie. chociaż samo zakończenie i zestawienie rzeczywistości z fikcją jest bardzo udane (w świetny sposób łączą się 2 dość odległe historie). jeśli chodzi o pomysł (choć z drugiej strony to w pewnym sensie nieszczęśliwy wypadek, że ten film przybrał taką postać), to jest naprawdę interesujący, choć sama forma mnie w 100% nie przekonuje. rozumiem, że Janda w ten sposób godzi się z faktami, w końcu ona zawsze była dość ekspresywna. mimo to zastanawiam się, czy za jakiś czas uzna taką otwartość za dobrą decyzję.

Weekend

ten weekend na pewno był jednym z lepszych pod względem ilości odwiedzonych miejsc. ale po kolei:

PIĄTEK
urodziny Balsamu. o godzinie 22 nie było prawie nikogo, klub zapełnił się może w 1/4 lub 1/3. na początku grał Envee wraz z Seanem Palmerem, który chciał być w piątek czarnym raperem. udało się tylko trochę. sam Envee grał same hiciory np.


musiałem dolać trochę paliwa w postaci piwa, żeby wytrzymać do występu gwiazdy wieczoru. Kraak & Smaak zaczęli przed 1 bodajże, chociaż sam występ był dość daleki od profesjonalizmu. jeden z nich co prawda stanął przy gramofonach, natomiast drugi czasami brał do ręki mikrofon, a trzeci przez cały czas siedział z boku i palił papierosy. not nice. zaczęli całkiem w porządku, chociaż potem było różnie.
było:

albo nawet:


ale też Daft Punk. no proszę, myślałem, że artyści ich pokroju będą potrafili zabawić publikę czymś bardziej "wyszukanym".

SOBOTA
zacząłem od domówki u kolegi, by prędko przenieść się do Hydrozagadki, gdzie grali znani i lubiani J-Son i Funkoff. była to impreza teoretycznie Warszawskiej Nike, która chyba zrobiła sobie żart. właściciel był tylko na początku stawiając 2 figurki przed dj-ką, zero plakatów albo promocji, a o 23 może ze 30 osób w całym klubie. na szczęście grający stanęli na wysokości zadania grając świetne numery, np.
Jazzanova - I Can See (Holy Ghost! remix)

a także dubstep house, o którym dowiedziałem się od Funkoffa
ok. północy wszystko się rozkręciło, trochę sie pobujałem i pojechałem dalej, tym razem do Jadłodajni.
na miejscu spotkałem Bartka, ale nie doczekałem jego występu. widziałem tylko końcówkę setu Dużego Pe, który grał same houseblogowe bangery. siedzę teraz w trochę innych gatunkach (blog housami i pochodnymi jarałem się ok. rok temu), ale całkiem przednio się bawiłem. potem grali Cartel Communique pierwszorzędne mash-upy. niestety z powodu stężenia alkoholu i późnej godziny nie jestem w stanie podać przykładów. z całego pobytu w jadłodajni w głowie utkwił mi jeden kawałek, którego nie znałem wcześniej za bardzo, a który ma naprawdę niezłą część wokalną (tu remiks Skreama):



pozdrawiam wszystkich, którzy mi towarzyszyli przez weekend i przyczynili się do tego, że zaliczam go do bardzo udanych.

czwartek, 23 kwietnia 2009

Mama Selita @ Obiekt Znaleziony

trochę spóźniony wpis, ale dzisiaj cały dzień "coś". w środę o godzinie późno wieczornej wstąpiłem do Obiektu Znalezionego na występ rzeczonego Mama Selita. To już mój drugi koncert tego zespołu, poprzedni zaliczyłem bodajże w zeszłe wakacje (wtedy zespół zaprosił do wspólnego występu plakat z Yodą) i w sumie drugi raz się nie zawiodłem, mimo że to już drugi raz poszedłem z rekomendacji znajomego (muzycznie ufam głównie sobie). Tym razem było chyba nawet lepiej. Kameralnie, może z 50 osób tuż przed zespołem, gorąca atmosfera, tłusty bas spływający po ścianach, żywiołowy wokalista (w ogóle wszyscy dawali radę -wokal, bas, gitara, perkusja)- funk wylewał się z klubu. Na pewno ogromną zaletą zespołu jest ich energia, której dają upust na żywo, szczególnie, gdy jest to taki mały koncert; studyjnie wypadają na pewno nie tak dobrze. Jeśli miałbym zarzucić sobię polską, funkową płytę do odtwarzacza, to w wypadku Mama Selita nie miałbym kompleksów wobec przedstawicieli "pryszczatego funku" z zagranicy. W Polsce też można grać covery Jamesa Browna i Red Hot Chilli Peppers ("Give it away").

wtorek, 21 kwietnia 2009

słucham dziś

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

czytam cz.1 Michał Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"

to czytam teraz. wydanie prlowskie, kilkanaście stron jest wklejone do góry nogami. bardzo wciągająca książka rosyjskiego autora. akcja osadzona jest w międzywojennej Moskwie, gdzie to pewnego dnia przybywa pod postacią człowieka sam szatan, by niedługo potem zacząć dawać przedstawienia magiczne w teatrze. po drodze eliminuje osoby niewygodne, z pomocą klawej bandy w postaci podejrzanego, wysokiego pana oraz kota władającego ludzką mową i chodzącego na tylnych nogach (który momentami prokuruje komiczne sytuacje). fabuła właściwa przeplata się z opowieścią o Poncjuszu Piłacie (trochę inną od "oficjalnej") autorstwa tytułowego Mistrza. przeważnie czytam książki "realistyczne" i bardziej przyziemne, ale ta jest fascynującą (wiadomo, takie historie gdzie mieszają się wątki religijne, filozoficzne, egzystencjalne itp cieszą się poczytnością). i jest naprawdę niebanalna oraz nieobrazoburcza. bardziej jest w jakimś sensie satyrą na życie w porewolucyjnej Rosji, niż atakiem na jakieś wartości. pisarz z pietyzmem oddaje klimat epoki, w dodatku posługuję się naprawdę ładnym językiem (co dla mnie jest bardzo ważne). ogólnie druk odcisk mi się często na ręku i przez najbliższe kilka dni nie powinno to się zmienić. wielka literatura.

sobota, 18 kwietnia 2009

Vicky Cristina Barcelona

wróciłem właśnie z kina. jestem fanem Allena i na każdy nowy film (jak wiemy, Allen kręci rokrocznie filmy) idę do kina w kwietniu, a nie jaram się nim od września poprzedniego roku. nie wiem dlaczego, chyba kino ma wciąż dla mnie jakąś magię. wracając, nie jestem pewnie zbyt obiektywny, ale film był dla mnie bardzo ok. oczywiście podobała mi się lokalizacja (kilka naprawdę ładnych ujęć), ale też narrator bez emocji (który zdarzał się w dawniejszych filmach reżysera) czy postać Vicky (jeszcze nie spotkałem się z osobą, która by o niej wspomniała, mówiąc o filmie - ok, rola mniej wdzięczna, ale domykała fabułę). przy Scarlett zawsze miękły mi kolana, ale Penelope nie zostawała w tyle (najlepiej, gdy kipiała ze złości). w ogóle dopiero po 70 zaczął pracować ze znanymi aktorami i znów (od czasów Manhattanu) odnosi komercyjny sukces. oczywiście najlepsze w filmie to dialogi i w sumie w jakiejś części duch Allena, dzięki któremu chętnie oglądam wszystkie jego filmy (choć nie wszystkie są udane). dobrze też, że Allen nie stoi w miejscu: dosłownie-geograficznie, ale też na pewno podchodzi do tematyki poważniejszej niż np. w latach 60 czy nieraz później. choć pewnie też dlatego, że sam się wycofał z grania w filmach i umieszcza w jakimś stopniu swoje alter ego w każdym filmie (przecież we wczesnych filmach Allen też grywał takiego bawidamka i playboya!). plus smaczek dla kinomana w postaci "Shadow of a doubt". z tego millennium najbardziej pasuje mi wciąż Wszystko gra, ale Allen i tym razem nie zawiódł. są jeszcze filmy, na które można iść w ciemno.

klub Regeneracja i Rafał J-Son

dziś w ramach odpoczynku wstąpiłem na półtorej godziny do Regeneracji (Puławska 61). nigdy tam wcześniej nie byłem, ale klub wygląda bardzo rozsądnie: ogródek, parkiet na dole i Paulaner z beczki. grał mój najnowszy znajomy, czyli Rafał aka J-Son. i szczerze się nie zawiodłem, chociaż na początku Rafał grał dla 4 ścian, jedną z nich podpierałem ja. za to pod koniec poleciały disco sztosy (np. "paper planes" dfa remix) i kilka osób trochę szalało. szkoda jedynie, że dla niektórych osób większą atrakcją od pięknej muzyki lejącej się z głośników była rura na środku parkietu. kilka pań spróbowało swoich sił w "tańcu indywidualnym". idę spać

edit:
joint z wczoraj

piątek, 17 kwietnia 2009

mój najnowszy obuw

Nike Air Safari. polowałem od jakiegoś czasu

pozdrawiam urząd celny miasta stołecznego.

Bonobo w Fabryce Trzciny

także tak. dopiero co wróciłem z występu Bonobo w Fabryce Trzciny. już na początku powiem, że byłem pozytywnie zaskoczony. ale może po kolei.

przybyłem specjalnie późno, Bonobo zaczął tak niecałą godzinę poźniej. bez patrzenia na scenę można było bez pudła rozpoznać grającego po pierwszym kawałku. na początku spojnie, jakieś połamańce- szybsze, wolniejsze, lżejsze, cięższe, trochę latino do tego. poleciały hity z days to come, ale też pewnie z innych płyt (których dawno nie słuchałem). sam Bonobo ciągle się bujał i wyglądało na to, że sam się dobrze bawi. w pewnym momencie poszedł w drum'n'bass(!), co chyba trochę zdziwiło obecnych (ale reakcja była bardiej niż poprawna). potem na zmianę dramy, jazzdancy, połamańce. w sumie trochę ponad 2 godziny niezłej uczty muzycznej. aż zacząłem się gibać i zrzuciłem trochę kalorii.

generalnie jestem zadowolony z tego, że wydałem ## pięniędzy na bilet.

a i dziękuję Bognie i Rafałowi za umilenie wieczoru.

środa, 15 kwietnia 2009

Jack Peñate - Tonight's Today czyli tzw. gwóźdź,sztos,hit

to zrobiło mój dzień (nie lubię tego zwrotu, ale tutaj się kwalifikuje). dzięki Funkoff.




J-SON aka Rafał - Mom, My Video Games Are Pitched-Down!


dziś przygodnie poznałem Rafała, któremu bardzo dziękuję za otwartość i chęć pomocy przy organizowaniu diggin party. a w międzyczasie polecam mix naszego bohatera


wypowiedź autora:

Zapraszam serdecznie do zapoznania się z moim świeżym dj-mixem. Rzeczone nagranie poza charakterystycznym dla setów promocyjnych szerokim portfolio gatunkowym zawiera także element misyjny. Chciałbym przybliżyć szerszemu gronu, w moim odczuciu niewystarczająco eksponowaną w naszym kraju, stylistykę electrofunk. Odpuszczając sobie zacne ale dość oczywiste produkcje Egipskiego Kochanka z L.A., skupiłem się na bieżących produkcjach z Kanady, Belgii czy Holandii. Wyczulone ucho wychwyci także krótkotrwały romans z brzmieniem disco ze słonecznej Italii, burzliwie zakończony dla produkcji Chicago house prosto z epoki. Dla wytrwałych śmiałków, którzy dotrwają do końca, przewidziana została disconagroda w postaci kilku wybitnie mocnych tracków utrzymanych w tej konwencji, w tym świeżego remixu nowego singla pewnego znanego kolektywu. Ostatni utwór to kulturowy i zdecydowanie apolityczny akcent zbiegający się w czasie z dokonującymi się w bieżącym tygodniu historycznymi zmianami w Stanach Zjednoczonych.

Spektakl foniczny został wykonany przy użyciu tradycyjnego instrumentarium: 2 x 1200 + 2 x Shure Whitelabel + Rane TTM 56 z wykorzystaniem nośników analogowych.

w najbliższym czasie będzie można go usłyszeć/przybić piątkę:
17 kwi 2009 21:00
Strictly Busine$$ Night - J-son vs. BeetleJuice @ Regeneracja Warsaw, Mazowieckie
24 kwi 2009 21:00
Strictly Busine$$ Night - J-son, Funkoff & Niko @ Klub Lawa Puławy, Lubelskie
25 kwi 2009 22:00
Strictly Busine$$ spotyka Warszawską Nike - J-son & Funkoff @ Hydrozagadka Warsaw, Mazowieckie
8 maj 2009 20:00
Strictly Busine$$ Night - J-son & Funkoff @ Kamieniołomy Warsaw, Mazowieckie
23 maj 2009 20:00
Strictly Busine$$ invades Wrocław - J-son & Czikitas Brothers @ Kamfora Wrocław, Dolnośląskie
29 maj 2009 22:00
Strictly Busine$$ spotyka Warszawską Nike - J-son & Funkoff @ Hydrozagadka Warsaw, Mazowieckie

aha, i myspace
miks do kupienia w siedeone, waxbox i warszawska nike

wiosna


dzisiaj kolejny dzień wiosny i 2 dzień sezonu rowerowego. na Starym Mokotowie spotkałem w godzinach przedpołudniowych może kilka osób. kolejnym razem wezmę aparat. a na razie zdjęcie z balkonu.